środa, 23 listopada 2016

Od Willa C.D. Ash
Nie wiem ile się tak nade mną znęcali, ale wiem, że nie wytrzymam tego dłużej. Leżałem bardzo długo w ciemności, rozmyślając o życiu. Nie mogłem otworzyć oczu, mogłem tylko myśleć. Wspominałem wszystko to, co się zdarzyło. Myślałem o tym, co by było, gdybym podjął inne decyzje. Myślałem o wszystkim i wszystkich, ale przede wszystkim o niej. Pojawiała się w każdym moim śnie, a gdy czasem się budziłem, w malignie szukałem jej wzrokiem. Raz się śmiała, raz z jej oczu wyzierał smutek. Ta bezczynność mnie dobijała. Świadomość, że nic nie mogę zrobi. Miałem tylko nadzieję, że jest bezpieczna, że te sukinkoty jej nie znajdą. Ale wiedziałem, że ta nadzieja jest bezcelowa. Jeżeli cokolwiek wiedziałem o moich porywaczach, to na pewno to, że oni nigdy nie odpuszczają. Chciałbym ją ostrzec, ale nie mam jak. Nie ma już dla mnie nadziei. Umrę, wykończą mnie, zabiją zanim znowu ją zobaczę. Zresztą myśl, że miałaby tu być ze mną jest równie piękna jak i przerażająca. Chcę dla niej jak najlepiej. Właśnie wtedy, gdy myślałem o tym wszystkim usłyszałem głos. Głos, który kochałem. Głos, który działał na mnie niczym zachodzące słońce, niczym woda na spragnione zwierzę. Niczym światło dla mojej ciemności. Głos, który wołał: 
- Will? Żyjesz? Powiedz coś...Will- Nie wiedziałem, czy to mój rozum tak okrutnie mnie oszukuje, czy to może naprawdę ona. Musiałem wiedzieć. Po kilkunastu próbach uniosłem ciężkie niczym ołów powieki. A nad sobą zobaczyłem oczy. Jej oczy... 

<Ash? Sry, że krótkie i rzewne, ale brak czasu i nostalgia listopadowych dni mnie dobija ;-;>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz